Płonie państwo, róże mają się dobrze

Płonie państwo, róże mają się dobrze
Fot. Aziz Acharki z Unsplash

Mawia się, iż prawdziwa wolność zagościła u nas 27 maja 1990 roku, kiedy to odbyły się pierwsze wolne wybory samorządowe. Mawia się, iż reforma samorządowa z 1999 roku, to prawdziwie jedyna w pełni udana reforma buzkowa.

Mawia się, iż samorządność, to wartość sama w sobie i nie będę z tą tezą polemizował, ja mawiam, iż samorządność wskrzeszono, by ukrzyżować ją ponownie 28 października 2002 roku, kiedy to przeprowadzono I turę wyborów na wójtów, burmistrzów i prezydentów.

Nic nowego pod słońcem, to słowa pisane w październiku zeszłego roku. A czegóż można byłoby się spodziewać, czegóż nowego? Nikogo nie interesują te sprawy, włączywszy TVP lub TVN, słyszymy bębnienie wciąż w te same bębny. Nikt nie chce reformy, walczymy z pandemią i ze sobą. Spieramy się o pryncypia i imponderabilia; państwo nie jest ważne, ważne są władze i persony. Przy całym szacunku nie widzę wśród nich autorytetów. A państwo od dawna to nie „władza”, to jednak jakaś wartość tonąca wedle mnie. Oczywiście, iż gdy „płoną lasy nie szkoda róż”, zamiast jednak w tym trudnym czasie – to nie cynizm – poprawić to, co w naszej społecznej rzeczywistości nie jest doskonałe, to skupiamy się na wojnie, z covidem w tle. Takie elity – jacy my. Skądś to znam, to kamyczek do naszego polskiego ogródka pełnego kompleksów. Nie da się, po prostu się nie da. Są samorządowcy ideowi – co za archaizm -, którzy widzą swoją „małą ojczyznę” wielką, żyją nią, żywią się nią, by samemu żyć – bez dwuznaczności. Ale to nie jest standard. Nasz system polityczny trzeba przebudować, o tym jestem przekonany przypatrując się mu przez 32 lata. Niech mądrzejsi myślą, czy nie wprowadzić by w Polsce systemu kanclerskiego, a może prezydenckiego. Mnie interesuje to, co poza tymi sporami. Niech sobie łby ukręcają na Wiejskiej, wpierw jednak robiąc porządek na dole. Na prowincji. Bo państwo to prowincja, jej dobra organizacja urządza nam codzienne życie, Wiejska – daje spektakle. Nic nowego pod słońcem.

Wpierw o tym, co bezdyskusyjne. Samorządność odmieniła oblicze oddając we władanie ludziom najbliższe im troski. Władza centralna podzieliła się więc częścią swego władania z „terenem”, i to bardzo słuszne i chwalebne. Reforma administracyjna premiera Buzka nigdy nie budziła we mnie pełnej akceptacji, ale zasadnicze tezy były ze wszech miar słuszne: władza w gminie miała pochodzić z woli mieszkańców, gmina jako podstawowa jednostka administracyjna, liczba województw, to już sprawa dyskusyjna, przychylałem się jednak do koncepcji pozostawienia większej ich ilości, by nie deprecjonować obszarów kiedyś „wojewódzkich”, by wojewódzkich miast nie marginalizować na rzecz wielkich metropolii. Ale… Jest jak jest, zawsze jakoś jest, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – to jakieś haszkowe, szwejkowe echa…

Tak więc zaczęliśmy w swojej gminie samorządzić, wybierać radnych, ci z kolei wójta, burmistrza i prezydenta, wybieraliśmy radnych powiatowych, radnych wojewódzkich, ci z kolei marszałków i było całkiem nieźle. Aż do chwili, czyli do owego 2002 roku, gdy politycy, różnej zresztą maści, acz ze skrzywieniem neoliberalnym, co nie jest obelgą, zafascynowani liberalną koncepcją wzmacniania władzy wykonawczej wymyślili bezpośrednie wybory na wójta, burmistrza i prezydenta; a dlaczego nie na starostę i marszałka województwa? Bo nie. Nie wiem dlaczego?

I ruszyła „na dole” walka o władzę absolutną w gminie, wszystko jedno jakiej wielkości. (przykładem świetlanym z dziś: Rzeszów.) Pozbawiono bowiem rady gminne prawa do mianowania przywódców. Do tej pory bowiem, to radni, owszem, czasem z wielkim trudem, poprzez niezbędne kompromisy wskazywali na lokalnego władcę. Ten zaś realizował grupową mądrość, nie zawsze bardzo mądrą, ale też w swym działaniu musiał się z radnymi liczyć, by raz na rok uzyskać absolutorium – bez niego przestawał rządzić. Jeśli przyjmiemy iż radny, to reprezentant pewnej części gminy, i dbać będzie głownie o dobro tej części skąd pochodzi, gdzie mieszkańcy go wybrali, to można jasno się domyślić, iż musieli się wykłócać o swe racje, ale w sumie jednak budżet kompromisowy musiał powstać, bo bez budżetu rządzić nie można było. A burmistrz musiał go realizować, jeśli nie – to rada go odwoływała. Dodajmy przy okazji, iż mandat radnego nie był i nie jest „związany”, radny z jakiegokolwiek okręgu wybrany nie ma obowiązku realizować woli wyborców z tegoż okręgu, jest po prostu kimś, kto reprezentuje mieszkańców i musi mieć w sumieniu także inwestycje dotyczące problemów całej gminy. I jednocześnie rada miała zagwarantowane prawa do patrzenia na ręce wójta, kontrolowania go, napominania; i tak władza w terenie równoważnie siebie wzajemnie, tak rządziła.

A co potem? A potem już hulaj dusza. Wybrany, z mocnym mandatem większości aktywnych politycznie i klanowo mieszkańców gminy wójt, burmistrz, prezydent może robić, co mu się żywnie podoba. Kontrola rady nad jego poczynaniami jest iluzoryczna, władcy bez absolutorium mogą swobodnie rządzić, rady nie mają realnej kontroli nad poczynaniami władyki. Ten zaś w glorii i majestacie mandatu społecznego, zwykle także występując jako największy pracodawca w okolicy – daje upust swoim kompleksom. Umacnia swe władztwo, spokojnie wygrywa kolejne wybory, bo ma kasę na PR, bo; powiększa się jego „rodzina”, coś na wzór mafijnej organizacji. Jest „padre”, jest bliższa i dalsza rodzina, są wspólne interesy, rodzinę się wspiera w trudnych sytuacjach, rozszerza się kontakty na okoliczne gminy, następuje wymiana kadr – ja ci dam coś – ty mi daj coś w zamian, by nie zamykać się na jednym terytorium, by zmylić wroga – marną zwykle opozycję – którą się postponuje albo kupuje… Mój człowiek kosi kasę w twojej spółce samorządowej, mój w twojej. Tak rozrasta się lokalna ośmiornica, ośmiorniczka, to żart, kiepski wobec afery respiratorowej. Rada gmin, także wybrana demokratycznie, już nie jest potrzebna władcy, zamienia się zwykle w sprawnie działającą maszynkę do głosowania projektów uchwał władcy przy ograniczonym prawie wnoszenia projektów własnych przez radnych…

Nadzoru nad samorządami nie ma żadnego, w komisjach rewizyjnych rad gmin zwykle większość głosów ma szeryfowa większość, regionalne izby obrachunkowe patrzą na papiery, jeśli lewa równa się prawej – to OK. Nie ma sankcji lub możliwości napomnienia samorządów w przypadkach podejmowania przez nie działań wątpliwych z punktu widzenia gospodarności Uchwały rad gmin przygotowywane przez władzę wykonawczą, podkładane pod mało widzące oczy radnych – przechodzą, bo kto by czytał tyle papierzysk. Owe wytwory rad, a w sumie: wójtów, burmistrzów i prezydentów są co prawda kontrolowane przez nadzór prawny wojewody, ale rzadko kiedy uchylane. Ryzyko działań władzy gminnej jest niekontrolowane, tak, jak i ich ekstrawagancje.

Długi? Są granice, których gminy nie powinny przekraczać, ale gdzie nasza kreatywność? Na przykład – odroczone płatności faktur, a także PPP, nie chce mi się nawet tego rozszyfrowywać. To jest układ chory, korupcyjny, niedemokratyczny. I co w tym złego? Może Rick Shenkman, ma rację, iż demokracja sama się pożera i wkrótce nastąpi jej koniec? Nadchodzi czas autokratów? W dobie wirusa, jakżeż wydajna wydaje się ta teza, mimo skomlenia, iż władza deprawuje, nieustanna władza deprawuje nieustannie… Dwukadencyjność – pięcioletnia, którą PiS przeforsował nie zmieni tego układu, znacznie lepsza była koncepcja „wstecznej dwu kadencyjności”. Wątpliwa prawnie, być może, ale oczyszczająca…

Albo powiaty: wrzód na ciele administracyjnym państwa. Ani to land, ani stan – pytam – po co? Po to, by aktywnie walczyć z bezrobociem – zatrudnienie w tych strukturach to od 80 do 250 urzędników. Zadania powiatowe mogłyby z pewnością przejąć gminy, zresztą z tych zadań stworzono zasób kompetencji powiatów. Bardziej widzę niezależne związki gmin utworzone wolą samorządów lokalnych…

Dobrze, samorządność, to szlachetnie brzmi, tymczasem mamy do czynienia z 2500 gminami, w dużej większości rządzonymi przez megalomanów lub frustratów – z wyjątkami – otoczonymi usłużnym dworem i skarbnikami gmin, którzy dbać muszą o formalną „poprawność” władzy. 

„Udzielne księstwa gminne” stały się już faktem. To, jak „udzielne” – to już wynika ze stopnia zdeprawowania lokalnego władcy, serwilizmu i chciwości jego dworu. Dziś, tak zwane samorządy okopały się w swych ratuszach, tylko godziny i dni pracy kasy gminnej są zmienne. To ten samorządowy – nomem omen: korona – wirus grozi najbardziej. Bo jest cholernie zaraźliwy. Prątkuje na, i skaża cały samorząd. Trudniej go będzie zwalczyć niż covida w naszych ciałach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.