Wielki Brat w wydaniu brytyjskim

Wielki Brat w wydaniu brytyjskim

Wybrałam się do Kornwalii, przepięknego zakątka Wielkiej Brytanii. Cudowne skaliste plaże, morze, przyroda, raj dla artystów-malarzy ze względu na wyjątkowe światło. Gorąco polecam tę najbardziej wysuniętą na południe wysp brytyjskich krainę, choć bez tendencji separatystycznych, to jednak z silną tożsamością i poczuciem inności, a nawet własnym językiem, w ostatnich czasach pieczołowicie przywracanym do życia.

Z Londynu 400km, a więc podróż samolotem, szybko, miło i wygodnie, a nawet tanio – linie lotnicze robią wszystko, aby zwabić pasażerów. Po tygodniu otrzymuję SMS z sytemu „NHS Track and Trace” (tutejszy system śledzenia i identyfikacji chorych bądź narażonych na Covid-19) z nakazem zalogowania się w celu odpowiedzi na kilka pytań, ponieważ rzekomo byłam w kontakcie z osobą zakażoną. Nic mi o tym nie wiadomo, ale grzecznie odpowiadam przecząco na pytania odnośnie wystąpienia u mnie jakichkolwiek z możliwych objawów wirusa. Nic to nie daje – nakaz samoizolacji do upływu 14 dni od dnia potencjalnego zakażenia. Zostało się sześć dni – chyba wytrzymam, tym bardziej że mam możliwość pracy zdalnej. Właśnie, w trakcie pisania niniejszych spostrzeżeń zadzwoniła do mnie przemiła pani z NHS, która pytając o me zdrowie sprawdziła, czy siedzę grzecznie w domu oraz przypomniała o możliwości kary pieniężnej za niesubordynację.

Jak radzą sobie Brytyjczycy w obecnej sytuacji? Myślę, że różnie. Choć tradycyjnie jest to naród postrzegany jako zdyscyplinowany, potrafiący się zmobilizować jak mało kto, to jednak w dobie obecnej pandemii ich wewnętrzna dyscyplina społeczna okazała się dość zmienną. Z początku, po wprowadzeniu lockdownu w marcu, ulice opustoszały i wręcz trudno było wyzbyć się skojarzeń z II wojną światową i brytyjskim samozaparciem, grupową dyscypliną i wspólnym stawieniem czoła wrogowi. Problemem chyba okazał się fakt, iż wróg jest niewidoczny, a dla wielu wręcz iluzoryczny. Nie pomogła też postawa premiera Borisa Johnsona, który okazał się zbytnio ekscentryczny orazjakby niezdecydowany i nie do końca przekonany w swych posunięciach. Zabrakło więc namacalnego wroga oraz zdecydowanego przywództwa. Brytyjczycy niechętnie przyjmują ograniczenia społeczne, cenią sobie demokrację, swobodę oraz istniejące prawa obywatelskie. Gdyby wróg był z zewnątrz, to co innego, wkomponowałby się w brytyjskie poczucie odrębności i wrodzony niejako wyspiarski izolacjonizm – trzeba by mu wtedy zdecydowanie stawić czoła.

Wirus to co innego. Wystarczyła ładna pogoda, aby na plażach pojawiały się tłumy. Puby zamykają się obecnie o 22:00, na co odpowiedzią zwolenników wspólnego spożywania alkoholu jest dopijanie trunków na ulicy po zakupieniu ich w nocnych sklepach – ograniczenie do sześciu osób w grupie jest więc trudne do wyegzekwowania. W Szkocji odebrano prawa poselskie jednej pani, która przybyła na obrady parlamentarne wiedząc, że jest zarażona Covid-19.

Tutejsza służba zdrowia daje sobie raczej radę, jak dotąd. Wprowadzono wiele zmian, odpowiedni dystans społeczny w placówkach medycznych, konsultacje lekarskie odbywają się zdalnie, jeśli to możliwe. Osobiście zostałam zaproszona dwa razy na rutynowe badania kontrolne, które odbyły się w terminie i bez żadnych problemów. Na szczęście nic mi nie dolega. Trudno jest ocenić mi przypadki osób wymagających konkretnego leczenia.

Nie będę udawać, że czuje się komfortowo w zaistniałej sytuacji. Rozumiem, że wokół wirus, pandemia, a wszelakie służby zdrowia pękają w szwach; bycie nagabywaną, śledzoną a co gorsza zmuszaną do pozostania w domu pod groźbą kary – to jednak nowy wymiar obecnej rzeczywistości. Nie zrozumcie mnie źle, Anglicy przy swej wrodzonej czy też wyuczonej dyplomatyczności, grzeczności i braku nachalności czynią to w sposób miły i subtelny, groźba tak naprawdę nie jest groźbą, a tylko przypomnieniem, z kolei przymus – w gruncie rzeczy prośbą. Myślę, że jednak do czasu. Dwukrotnie byłam świadkiem działań tutejszej policji, słynny angielski „Bobby” z przemiłego oraz nieuzbrojonego w broń palną pana policjanta, stał się działającym jak błyskawica funkcjonariuszem, a wsparcie przybyło w mgnieniu oka, gdy tylko zaistniała tego potrzeba.

Moje rozważania i wątpliwości biorą się z pewnością z faktu, iż jestem zwolenniczką szwedzkiego modelu radzenia sobie z pandemią, opartego o rozsądek społeczeństwa i wytworzeniu odporności stadnej, przy jednoczesnym chronieniu osób najbardziej narażonych. Prawa obywatelskie są tam świętością. Nie dalej jak dzisiaj, wpadł mi w ręce artykuł o szwedzkim kościele protestanckim, w którym kobiety pełnią role duszpasterskie na równi z mężczyznami, a biskupem, a raczej biskupką, jest między innymi kobieta, lesbijka wychowująca dziecko wraz z żoną. Co dziwniejsze, do kościoła mogą też należeć ateiści, nikt nie jest wykluczony, co też czyni siedem milionów z dziesięciomilionowej społeczności tego kraju połączonych dodatkowymi więzami duchowymi. Kuriozum, bo tylko co dziesiąty Szwed określa się jako osoba wierząca. W Polsce nie do pomyślenia.

Mam wrażenie, że w kwestii Covid-19 kręcimy się wszyscy w kółko, rządy już dawno straciły jednoznaczny kierunek w swych działaniach i jedynie uczą się, a raczej usiłują uczyć się na błędach. Jest to w dużej mierze zrozumiałe, ale nie ułatwia przeciętnemu obywatelowi życia. Gdybym chciała pojechać obecnie do Polski, czeka mnie dwutygodniowa kwarantanna po powrocie. Znajomy właśnie zrezygnował z zaplanowanej dawno podróży z tego właśnie powodu. Co za czasy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.